Rok, który zmienił moje życie

Za nami pierwszy rok wspaniałej przygody jaką jest rodzicielstwo. Dla naszego Myszka to 12 miesięcy rozwoju, zabawy, emocji, poznawania świata, nowych smaków i zapachów. To magiczne 365 dni, które są tylko początkiem naszego wspólnego życia.

Niesamowite jak to szybko zleciało. Już z samego rana z mężem rozczulaliśmy się nad naszymi początkami. Wspominaliśmy dzień, który przeżyliśmy równo rok temu, pierwsze spotkanie z naszym Synkiem. Pamiętam doskonale poranek w dniu planowanej cesarki. Już o 7:40 wyszliśmy z domu. Ja raczej się toczyłam z moim gigabrzuchem, mąż telepał za sobą walizkę na kółkach. W szpitalu rejestracja, przebranie się w koszulę z pomocą męża, bo nie byłam nawet w stanie się schylać. Później mniej przyjemne procedury: wenflon, kroplówka, oczekiwanie na wezwanie na salę operacyjną. Czas się dłużył, stres był ogromny. W końcu nadszedł moment, w którym ogromny strach ogarnął nas oboje. Na sali operacyjnej drżałam jak liść na wietrze, ciężko było mi oddychać. Jakaś kobieta trzymała mnie za rękę i podtrzymywała na duchu. Kolejne nieprzyjemne uczucie w momencie znieczulania. W końcu zjawił się mój lekarz informując mnie, że jeszcze nie widział mężczyzny gabarytów mojego męża, który trzęsie się jak owsik. Tak, mówił o moim K. 😉 To mi dodało otuchy. Wiedziałam, że jest ktoś, kto podziela moje emocje. Ktoś mi bardzo bliski, kto równie mocno wyczekuje pierwszego spotkania z Synkiem.

Wszystko trwało chwilę. Nad parawanem oddzielającym moją głowę od reszty zmasakrowanego ciała, ujrzałam Go – najcudowniejszą Istotkę w moim dotychczasowym życiu. Nie wyglądał jak dzieci z pocztówki, był siny, blady, miał na sobie ślady mojej krwi, ale i tak był to najwspanialszy widok na świecie. Nie mogłam zahamować łez. Nie chciałam. Potrzebowałam więcej tlenu. Poprosiłam kobietę stojącą przy stole, która nadal trzymała mnie za rękę, żeby podała mi maskę z tlenem. Mojemu szczęściu nie było końca. Pierwszy raz od 9 miesięcy nie było Go ze mną. Chwilowy strach separacyjny minął, gdy uświadomiłam sobie, że zaraz będzie oddany w ramiona mojego męża. Byłam szczęśliwa, że urodził się zdrowy i bez żadnych komplikacji. I choć później poczułam przeogromny ból, to bliskość własnego dziecka, tulącego się do mojej piersi było czymś, co rekompensowało cały strach i cierpienie.

Mój mąż jako pierwszy wziął Go na ręce (ja mogłam to zrobić dopiero następnego dnia). Był zachwycony. Jego radość i wzruszenie iskrzyły w oczach, a moje serce pękało z dumy na ten widok. Opowiadał i pokazywał miny naszego Synka, był niesamowicie podekscytowany. Ja natomiast obserwowałam to wszystko z pozycji leżącej, nie mogłam się ruszać, a nawet podnosić głowy i momentami zaciskałam zęby z bólu. Nie było łatwo. Toczyłam walkę z sama ze sobą. Nieustająca radość przeplatała się z cierpieniem. Słowa K. dodawały mi siły, kiedy dziękował mi za ten trud i wysiłek, za to, że dałam radę i wydałam na świat w tak wielkim cierpieniu nasze Cudo.

Z ogromnym wzruszeniem wspominam ten dzień. Łzy same cisną się do oczu. Pomimo upływającego czasu nigdy nie zapomnę naszego pierwszego spotkania. Od tego momentu moje życie zmieniło się o 180 stopni, a ja stałam się zupełnie innym człowiekiem.

Macierzyństwo wlało w moje serce ogromne zapasy troskliwości. Zapaliło lampkę o nazwie „instynkt” i nauczyło wytrwałości. Pewne cechy, które z automatu powinny być przydzielane matce, zawsze będą mi obce, nad niektórymi nadal pracuję. Niestety umiejętności organizacyjnej czy anielskiej cierpliwości nie otrzymałam w pakiecie ze Stasiem. Bycie rodzicem to ciągła walka ze swoimi słabościami, często przegrana dla własnej wygody. Konsekwencja w działaniu bywa niezwykle trudna, ale konieczna. Kurcze, to kawał ciężkiej roboty! Pracy nie tylko z dzieckiem, nad dzieckiem i dla niego, ale przede wszystkim praca nad samym sobą i nad swoimi wadami.

Zanim pojawił się Myszek mogłam jedynie przypuszczać i wyobrażać sobie poświęcenie, do jakiego jest zdolna matka sprawująca opiekę nad niemowlakiem. Pierwsze tygodnie przeżyłam dzięki adrenalinie, która krążyła w moich żyłach od momentu porodu. Byłam jak na spidzie. Nie czułam zmęczenia, niewyspania, głodu. Czułam się pełna energii i siły do działania. Nieprzespane noce nie były żadnym problemem, nie miałam ochoty nawet dosypiać w ciągu dnia, bo miałam poczucie, że są ważniejsze rzeczy do roboty, np. patrzenie na moje nowo narodzone śpiące Dziecko czy wrzucenie prania do pralki i prasowanie. Miałam mega pałera i wydawało mi się, że już od początku mogę być supermamą, superżoną i supergospodyniądomową. Tak było. Tylko przez dwa tygodnie. Po adrenalinie i towarzyszącej jej energii nie było śladu, a ja zaczęłam funkcjonować, wróć! egzystować ja zombie. W każdej wolnej chwili przysypiałam w dowolnym miejscu i pozycji. Robiłam to co musiałam dla Synka, czasem dla siebie, ale nic ponadto. Nie miałam siły gotować, sprzątać, prać czy prasować. Zaczęło się prawdziwe życie. Doszłam do siebie z pomocą męża, choć zmiana trybu życia i radzenie sobie z dodatkowymi obowiązkami również nie były dla niego łatwe. Były spięcia, stresy, kłótnie. Trzeba to było przepracować, zrozumieć i zaakceptować zmiany. Ciągle nas coś zaskakuje i nie pozwala cieszyć się długo danym przywilejem. Nadal musimy nad sobą pracować i odnajdować się w nowych sytuacjach. Temat związku po narodzinach dziecka jest tak obszerny, że nadaje się na opisanie w książce (zapewne takich jest wiele), więc w tej chwili pominę ten aspekt.

Dziś patrzę na mojego Synka, który z maleńkiej poczwarki zmienił się w cudownego motyla. Staś jest wesołym i aktywnym chłopcem, gadułą jakich mało, rannym ptaszkiem i czasem humorzastym upierdliwcem. Coraz więcej rozumie, coraz więcej potrafi. To niesamowite jak ogromny postęp może zrobić człowiek w pierwszych latach swojego życia. Jestem szczęściarą, że mogę doświadczać tych zmian na co dzień, pomagać mu w rozwoju i przyczyniać się do Jego codziennych radości.

Ostatni rok spędziłam ze Stasiem. Dosłownie. Tylko matka na rocznym macierzyńskim wie, co to jest za poświęcenie. To praca na najwyższych obrotach przez 24h/dobę,7 dni w tygodniu, przez 12 miesięcy, bez przespanych nocy, bez urlopów i L4 podczas choroby. Nie ma taryfy ulgowej. Jestem szczęśliwa i dumna z przywileju bycia matką, a także z mojej wytrwałości i miłości jaką darzę swoje Dziecko. Jestem dumna z wiedzy, którą teraz posiadam i z intuicji jaką otrzymałam od macierzyństwa oraz z bycia silną kobietą, która łatwo się nie poddaje, chociaż często ma na to wielką ochotę. Ten rok dał mi jeszcze więcej siły na kolejne lata i podejmowanie następnych wyzwań wychowawczych. Jestem gotowa na więcej. Wiem, że dam radę, choć na pewno łatwiej nie będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *