Co nas nie zabije, to wzmocni

Kochani! Nareszcie znalazłam chwilę dla siebie, chęć i ogromną potrzebę napisania nowego postu na bloga. Wiem, że grono czytelniczek się powiększa, a tu du*a blada – nie ma co czytać. Postanowiłam, że dzisiaj, w tym trudnym dla mnie dniu, zamiast przytulić głowę do poduszki obok mojego Myszka, postanowiłam realizować się w swoim hobby. Położyłam więc Myszka wygodnie obok siebie, okryłam kocykiem, a sama odpaliłam lapka (który powoli chyba kończy swój żywot, co dodatkowo nie napawa mnie optymizmem, ale temat złego samopoczucia rozwinę za chwilę) no i wylewam w open officie wszystko, co kłębi się obecnie w mojej głowie.

Dzisiejszy deszczowy i smętny dzień nie wpłynął dobrze na moją samoocenę jako matki. Natłok wydarzeń mnie przygasił, a bunt Stasia wykańcza mnie do cna. Dobrze, że spotykam się z przemiłymi babeczkami w Klubie Mam, gdzie zawsze mogę zasięgnąć ciekawych porad czy też pogadać o wszystkim, co wiąże się z trudami macierzyństwa. Poruszyłam temat nieprzespanych nocy, Stasia Torpedy, „cennych rad”, które wbijają mi tylko gwóźdź do trumny i o sytuacjach mrożących krew w żyłach, a nierozerwalnie związanych z wychowywaniem dzieci.

Wiem, każdy ma sporo swoich problemów i nie ma ochoty dodatkowo dołować się treścią czytaną. Nie zamierzam wylewać tu hektolitrów swojej niedoli, ale aby przejść do sedna sprawy, który staram się dostrzegać w kolorowych barwach, musicie najpierw przebrnąć przez część moich zmartwień.

Pewnie zastanawiałyście się czemu nie pojawiają się nowe wpisy na moim blogu. Otóż z bardzo prozaicznego powodu – braku czasu. Tak, wiem… każda matka go nie ma, ale jakoś każdy musi sobie radzić. Owszem, ale doszłam do wniosku, że nie będę zarywać nocek na pisanie, a następnego dnia chodzić jak zombie. Przez ostatnie pół roku zmieniło się parę rzeczy w moim życiu. Przeprowadzka, sprzedaż mieszkania, poszukiwania działki, w międzyczasie wszystkie inne problemy codzienne i mniej codzienne, którym trzeba podołać. Alergie, zmiany diety, lekarze, katarki, sraczki, wyjazdy, przeprowadzka i biurokracja potrafią porządnie dać w kość. Wybaczcie więc tę ciszę blogową. 🙂

W dodatku Myszek, który niebawem skończy dwa lata, przechodzi bunt tego okresu, który nakłada się z kryzysem separacyjnym i wyrzynaniem się ostatnich piątek mlecznych. HARDCORE! Dodatkowo na tle rówieśników wyróżnia się wzmożoną ruchliwością. Właściwie to „działa” jak dynamo. Im więcej się rusza, tym więcej nabiera energii. Naprawdę trafił mi się niezwykły egzemplarz, w dodatku z edycji limitowanej. Ten nowy etap w jego życiu i moja wzmożona czujność z aktywnością na czele będą tematem innego wpisu.

Myślisz sobie gdzie tu zmartwienia? A no tu:

  1. Przez wzmożoną aktywność mojego Dziecka również moja aktywność jest znacznie bardziej wzmożona. Z tą różnicą, że ja nie mam takiej siły napędowej. Wyjście na plac zabaw kończy się moim nadwyrężonym zdrowiem psychicznym i bolącymi rękami. Dlaczego? Myszek wszędzie musi wejść, dotknąć, pobiec, przejść, a ja muszę mu w tym pomóc, zachowując czujność i uwagę. Wielokrotnie serce mi stawało i miałam mikrozawały. Dodam, że nie waży mało. To 15 kg żywej wagi! Wychodząc z nim do ludzi często wracam umęczona jak koń po westernie. Oprócz tego Myszek chce być coraz bardziej samodzielny, więc muszę asekurować Go w każdy możliwy sposób. Nie mogę mu zabronić zabawy, o ile jest bezpieczna, a o to sama muszę zadbać. Bywa, że zabawa ociera o kaskaderstwo, a najwięcej urazów ciała doznaję ja, podejmując próby ratunku, chwytania, czy nagłych reakcji i podrywów do mojego lecącego na łeb i szyję Dziecka.
  2. Przetrwanie napadów złości i usłyszeniu po raz setny słowa NIE kosztuje mnie niezwykle dużo cierpliwości. Teraz wiem, że to, co innym robi miazgę z mózgu, ja potrafię przetrwać skupiając się na powolnym wdechu i wydechu. MAGIA… 🙂 Serio! Zero krzyku, zero złości, choć niejednego szlag właśnie trafia. I nie piszę tu o wychowaniu bezstresowym, tylko o niereagowaniu impulsywnością i krzykiem na nieuzasadnioną złość dziecka. O dobrodziejstwie oddechu dowiedziałam się z książki „Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko” Matthew McKay, Patrick Fanning, Kim Paleg, Dana Landis (jest fizycznie niemożliwe, aby podczas głębokich wdechów i powolnych wydechów wybuchnąć złością w sytuacji stresowej). Zanim jednak sięgnęłam po swoją BIBLIĘ, moje podejście do napadów złości Myszka było delikatnie mówiąc totalnie do du*y… Psycha mi siadała. Nie umiałam sobie radzić z własnym stresem, a coraz wyższa ilość i częstotliwość decybeli wrzasku pogłębiały ten stan. Zastanawiałam się, czy to już tak zostanie, czy to taki typ, czy może inne dzieci przechodzą ten bunt łagodniej. Bałam się o swoje reakcje. Bałam się, że kiedyś wybuchnę, że polegnę jako matka. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła w jakikolwiek sposób skrzywdzić swoje Dziecko. A takie zachowanie to wyłożona czerwonym dywanem droga wiodąca do zerwania z wodzy swojej frustracji.
  3. Jestem obecnie na etapie potrzeby bycia. A właściwie bycia na potrzeby Myszka. Muszę być blisko Niego, w Jego zasięgu i wzroku. Każde odstępstwo od normy to stres Stasia i innych domowników oraz niekończące się nawoływanie – mama!. No cóż… czuję się uwiązana metrową smyczą. „Mądrzy ludzie” na pewno doszukują się w tym mojej winy: bo ja przyzwyczaiłam. No nie sądzę… Towarzystwo innych jest atrakcyjne, ale do czasu. Muszę być przy usypianiu, karmieniu, zabawie. Tak więc zapomniałam już jak to jest zostawić Dziecko komuś pod opiekę i wyjść na piwo z psiapsiółą, nie martwiąc się o to czy Myszek jest wykąpany, najedzony i czy smacznie śpi.
  4. Wspomniałam o przeprowadzce, prawda? No to zgadnijcie gdzie wylądowaliśmy… U moich rodziców. Już mi współczujecie, wiem. Jest czego. Pocieszam się, że to w końcu nie będzie trwało wiecznie. Jest to koszt spełniania marzeń o własnym domu. Co prawda z założenia nikt nikomu w drogę nie wchodzi, jednak praktyka jest zupełnie inna. Moja mama ma bardzo twardy charakter, a ja nie z tych, co dają sobie w kaszę dmuchać. Do tego te cenne rady, których mama stara się unikać, jednak kiedy się pojawią są dla mnie raczej dobijające niż cenne. Wolałabym z uznaniem usłyszeć „ty to masz cierpliwość”, zamiast „on wymusza na tobie krzykiem, bo mu ulegasz”. No faken szit no!!! Kto normalny na takie słowa by się nie zagotował?! Obecnie każdy rodzic dwulatka, który interesuje się rozwojem swojego dziecka wie, skąd bierze się krzyk, płacz i mówienie NIE. Rada w stylu „On ci wchodzi na głowę” jest kompletnie z du*y, nieuzasadniona i zwyczajnie podcina skrzydła zamiast dodaje otuchy. To jedynie próbka złotych rad i sytuacji gotujących we mnie krew.
  5. Szukanie działki i plan budowy domu (już nie wspominając o realizacji tego planu) to niezwykłe wyzwanie. Szczególnie dla małżeństwa… Zgrzyta, trzeszczy i iskrzy zło w powietrzu! Kiedy ma się jeszcze malucha pochłaniającego 100% naszej uwagi, to okazuje się, że jedyny czas na rozmowę i omówienie pewnych kwestii, to północ. W konsekwencji tematy są niedopowiedziane, cele nieokreślone, zdania podzielone.
  6. Brak czasu. Na wszystko. Dla siebie, dla prania, dla prasowania, dla walizek po wyjeździe, dla bałaganu i naczyń. Brak czasu na przygotowanie obiadu i pomalowanie paznokci. Ktoś z boku powie: nie przesadzaj, na pewno nie jest tak źle, jak mówisz. Teoretycznie niby wszystko jest jak być powinno. Sprzątam kosztem zabawy z dzieckiem, bo musi być posprzątane zanim wrócą domownicy. Nie prasuję wielu rzeczy, albo leżą tygodniami na fotelu, tworząc nieestetyczną ozdobę. Jak nie ugotuję dla Myszka obiadu, to mam wyrzuty sumienia, że nie odżywiam Go właściwie (choć wyniki badań ma książkowe). Paznokci nie maluję po dwa tygodnie, a jak muszę, robię to zarywając wieczór albo nawet noc. Nic samo się nie zrobi, a część musi być zrobiona. I umówmy się… nie wszystko może poczekać. Inaczej zarosłabym brudem, Myszek miałby anemię albo cukrzycę, a ja wyglądałbym jak fleja, a czuła się jeszcze gorzej.

Czytam powyższe i dziwię się, że jeszcze nie jadę na psychotropach, ale robiąc ten rachunek sumienia, jasno opisując swoje bolączki, dostrzegam znacznie więcej plusów owych sytuacji, niż widziałam dotychczas.

Ad. 1. Moje dziecko zapewnia mi wiele ruchu fizycznego i pracy umysłowej. Dzięki Niemu mam bicepsy silniejsze niż za czasów regularnego chodzenia na siłownię. Kondycja też nie kuleje, choć znacznie szybciej opadam z sił niż me Dziecię. Każde zagrożenie wzmaga moją pracę mózgu i wyostrza zmysły. Jest szansa, że jednak nie zgłupieję.

Ad. 2. Jestem dumna z opanowania sztuki uspokajającego oddechu. Stosuję tę metodę w najbardziej stresujących momentach. Ok… bywa, że wybucham jak wulkan bez żadnego ostrzeżenia, ale raczej jest to natychmiastowa silna reakcja na nieakceptowalne zachowania Myszka. Zazwyczaj Stasiek ją najzwyczajniej olewa, bo wie, że mój podwyższony głos oznacza raczej stanowczość niż krzyk (może dlatego, że z natury jestem głośna i wybuchowa – nie tylko podczas złości, ale też silnie okazuję radość i zadowolenie). Nauczyłam się też sztuki odwracania uwagi, niezbędnej podczas akcji na „NIE”. Nie chodzi mi o najniższą linię oporu, która nie daje żadnego rezultatu, tylko o przedstawienie kilku możliwości wyboru, którego może dokonać dziecko. Nie zapytam czy chce się wykąpać w momencie, kiedy rozkręca się w zabawie, tylko zapytam jaką zabawkę zabierze ze sobą do kąpieli. Czy koparkę, czy klocki duplo. Nie słyszę wtedy odmowy 😀 A na histeryczne „NIE, bo NIEEEE” reaguję olewką. Nie to nie. Zazwyczaj płacz się kończy w momencie wtulenia w moje ramiona. Można przetrwać i nie zwariować.

Ad. 3. Ten etap Jego życia jest dla mnie niezwykle wykańczający. Bywa, że w nocy wstaję do Niego po 5 razy, siedzę do momentu zaśnięcia. Zazwyczaj przynosimy Go do naszego łóżka i w spokoju dosypia do rana, ale ja wstaję połamana i niewyspana. Oprócz tego Myszek zaczął bunt nocny. Nie chce być przenoszony do naszego łóżka. Ok…. fajnie. Niby tego chciałam, ale uwielbiam całować Jego małe rączki podczas snu, mieć Go blisko siebie, patrzeć rano jak się budzi i nasze poranne tulenia i pieszczotki. Kurcze, jak mi z tego wyrośnie to będzie po kaczkach… W trudnych dla mnie chwilach myślę o braku tego przywileju, co od razu zmienia nastawienie do sytuacji. Doceniam wspólne spanie, wołanie mnie w nocy tylko po to, aby poczuł moją dłoń na policzku. Doceniam to, że teraz jestem dla Niego najważniejszą osobą na świecie. Chciałabym, żeby było tak zawsze, choć wiem, że to nie trwa wiecznie. Jest to nasz czas, jestem dla Niego, a On dla mnie. Jeśli mogę, to wykorzystam nasz wspólny czas na maksa. Odeśpię za kilka lat. Piwo z psiapsiółką i ploteczki najwyżej odbędą się na wideorozmowie.

Ad. 4. Mieszkanie z rodzicami nie jest marzeniem nikogo, kto posiada swoje dzieci. Może tacy są, ale wydaje mi się to niezdrowe. Poniekąd sama tego chciałam. W pogoni za marzeniami jestem w stanie wiele poświęcić. Cierpi na tym moja psycha, samodzielność i niezależność. Czuję się oceniana, musiałam nagiąć swoje zasady i przystosować się do tych, których nie rozumiem i tych, które znacznie utrudniają mi codzienne funkcjonowanie. To, co dla wszystkich wydaje się bezproblemowe, dla matki z dzieckiem może stanowić nie lada wyzwanie. Wiadomo – sprzątanie przy dziecku to jak walka z wiatrakami. Czasem nie zdążę zebrać jednych gratów, a już rozrzucone są kolejne, a w gratisie mam chrupki wdeptane w dywan. Po przygotowywaniu posiłków muszę pozmywać stertę naczyń + kuchnię. To zadanie zazwyczaj wykonywał mąż w godzinach wieczornych. W trosce o potrzeby innych domowników (głównie mojej mamy), muszę każdy bajzel ogarniać sama jeszcze przed jej przyjściem do domu. Koniec końców mam znacznie mniej czasu dla siebie i znacznie więcej obowiązków. Czy widzę w tym plusy? Jeden istotny: docenię niezależność, kiedy przeprowadzimy się do swojego wymarzonego domu.

Ad. 5. Mówi się, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Jeśli nasze małżeństwo przetrwa ten trudny czas, to później będzie już tylko lepiej. Innej opcji nie biorę pod uwagę. Musimy swoje wykrzyczeń, nawkurzać się, przemilczeć i powiedzieć nieco więcej niż powinniśmy. Trudno. Jedne kłótnie pójdą w zapomnienie, pojawią się następne. Będą ciche dni i te głośne. Życie. I tak wiem, że dążymy do jednego celu. Gramy do tej samej bramki. Jesteśmy w tej samej drużynie. W tym przypadku cel uświęca środki. 🙂

Ad. 6. Wiem, nie jestem samotną matką. Mam rodzinę wokół siebie, która powinna czasem przejąć moje obowiązki. Nie tylko wtedy kiedy muszę wyjść z domu, ale też wtedy, kiedy chcę i mam najgłupszy kaprys zbierania stonek z ziemniaków w polu (taki obrazowy przykład marnowania czasu). Wyjście z domu, bez dziecka, w godzinach dowolnych, raz na ruski rok należy mi się jak psu buda! Ja to wiem!!! Ale inni niekoniecznie. Świata nie zmienię, męża też nie zamierzam. Wierzę w to, że robi to co może, a właściwie to, co chce, ale nie będę zatruwać sobie i jemu życia ciągłym wołaniem o pomoc. Nie to nie. Jego strata. Może nie potrafi panować nad swoim gniewem i łatwo go wyprowadzić z równowagi? W takiej sytuacji lepiej nie zostawiać go sam na sam z buntującym się Myszkiem. Czy widzę plusy tego zarzynania się i braku pomocy? Tak. Utwierdzam się w przekonaniu, że jestem Superwoman, mam ponadprzeciętne moce i zasoby energii, o których nie miałam pojęcia. Jestem Świentym Home Managerem i facetem w spódnicy. Ogarniam więcej niż niejeden pierdzący w stołek biały kołnierzyk na etacie w korporacji. Kiedy poświęcam czas na obowiązki, a moje Dziecko domaga się wspólnej zabawy rzucam wszystko w cholerę. Staram się jednak nauczyć Myszka samodzielnej zabawy. Moje towarzystwo często jest zupełnie zbędę. Jeśli widzę, że potrafi samodzielnie wymyślić kreatywną zabawę i zająć się sam sobą – nie zamierzam mu przeszkadzać. Wtedy i ja robię swoje.

Takim oto sposobem wyżaliłam się na blogu z moich największych cierpień ostatnich tygodni. Tego mi było trzeba. Jeśli macie gorszy dzień, zróbcie rachunek sumienia i dostrzeżcie nawet najmniejsze i najbardziej kuriozalne plusy frustrującej sytuacji. Problemy nie znikną, ale następnego dnia spojrzycie na nie mniej krytycznym okiem. Wszystko jest do przeżycia i przetrwania. Zależy jaką mamy motywację i chęci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *