Asertywność w chorobie

 

Sezon gryp i przeziębień. Sorry, taki mamy klimat! Dzieci chorują, chorowały od zawsze i będą chorować. Logiczne jak budowa cepa. Sytuacja znana każdemu rodzicowi, niemożliwa do uniknięcia. Temat rzeka, wałkowany na wszystkich forach, blogach, portalach. Przez jednych problem bagatelizowany, przez innych najistotniejszy na świecie. Przedstawię wam swoją opinię w tym zakresie, osobisty pogląd oparty na własnej wiedzy, doświadczeniu i matczynej intuicji.

Przez okres 16 m-cy życia Myszka parę infekcji zdążyliśmy już przerobić. Zazwyczaj przechodziliśmy je oboje, co pogarszało sytuację. Pierwszy katar Staś przechodził mając około 4 m-cy. Pamiętam, że dla wielu znajomych owa sytuacja nie wzbudzała żadnego zainteresowania, współczucia czy innych empatycznych emocji. Przecież katar to żadna choroba. Nikt przecież nie bierze od razu zwolnienia z pracy czy zostaje w domu z powodu zwykłego gila.

Zanim zostałam mamą moje podejście do przeziębienia było dokładnie takie samo. Punkt widzenia zmienia się o 180 stopni dla wszystkich domowników, kiedy ta infekcja rozkręca się na dobre w małym nosku człowieczka, który nie potrafi sam się wysmarkać. Do tego wiek maluszka nie pozwala na wprowadzenie silnych środków łagodzących objawy i przynoszących ulgę. Ten niepozorny katar w rzeczywistości jest istną katorgą. To nieprzespane noce dla dziecka i rodziców. Często brak apetytu i ogólne rozdrażnienie. Pęka serce, kiedy widzisz jak twoje maleństwo się męczy i pojawia się strach w obawie o pogorszenie stanu zdrowia. Wskakuję wtedy na wysokie obroty i robię co w swojej mocy, żeby ulżyć w jakikolwiek sposób Maleństwu. Do wszystkiego dochodzą nerwy, bo pić nie chce, a powinno. Bo chodzę na rzęsach po dwóch godzinach snu. Bo muszę pilnować harmonogramu podawania leków. Bo nic nie idzie zgodnie z planem, do którego się przyzwyczaiłam. Rezygnujemy ze wszystkich regularnych zajęć, spotkań i planów. Już wiem, że jesteśmy uziemieni na co najmniej najbliższe dwa tygodnie. Dla mnie ten „zwykły” katar u mojego kilkumiesięcznego dziecka to był istny dramat…

Teraz niewiele się zmieniło. Nadal ciężko znoszę każdą infekcję Myszka. Do powyższej listy „Chorobowych Dramatów” mogę dopisać kolejne punkty. Dziecko nadal samo się nie wysmarka, ale gila wyciągnąć też sobie nie da. Podanie leków graniczy z cudem, a od słodkich syropów, które Myszek namiętnie wypluwa, lepi się dosłownie wszystko. Inhalacje nie przebiegają już tak sympatycznie – trzeba wiele cierpliwości i sprytu, aby zachęcić Go do pozostania w jednej pozycji przez co najmniej 5 min (chociaż zalecenie to 20). Przerwany sen Stasia może być kontynuowany dopiero w łóżku rodziców i po wypiciu cieplutkiego mleka. Każdy chyba wie, jak wygląda sen z małym dzieckiem. Rano więc budzę się obolała i niewypoczęta, bo żal układać Bąbla w dogodnej dla mnie pozycji, ryzykując Jego przebudzenie. Już wolę przetrwać taką noc i nie zważać na wbijające się stópki Myszka w moją twarz.

Do tego dochodzi totalne uziemienie. Zamknięcie jak w więzieniu. Zero rozrywki, zero wyjść, zero gości i kinderbali. Wszystko, co dotychczas sprawiało mi i Myszkowi przyjemność musi zostać odwleczone w czasie. Nie jestem matką „siedzącą w domu z dzieckiem”. Staram się organizować nam czas także poza domem. W wolne przedpołudnia jeździmy na salę zabaw, dwa razy w tygodniu na zajęcia muzyczne dla małych dzieci, raz w tygodniu mamy spotkania w klubie mam. Czasami ruszamy do centrów handlowych, do dziadków, cioć i wszędzie, gdzie nas dusza poniesie. Teraz możecie wyobrazić sobie moją frustrację, kiedy zaczynamy żyć jak w izolatce.

Z powodu choroby Myszka kilka razy ominęło mnie już coś, na czym mi bardzo zależało. Jasne! Nie na wszystko mam wpływ, ale jeśli choć w niewielkim stopniu mam możliwość zapobiec przeziębieniu czy poważniejszej infekcji, to to robię! Nie uchronię dziecka przed wszystkimi chorobami tego świata, tym bardziej, że nie izoluję Go i nie zamierzam izolować od innych dzieci. Ale jeśli widzę, że ewidentnie jest na rzeczy coś, co zagraża zdrowiu mojemu albo Myszka, zwracam na to szczególną uwagę i zachowuję czujność.

Macierzyństwo nauczyło mnie asertywności, więc tę umiejętność wykorzystuję w przypadku, gdy widzę wokół siebie chorych ludzi. Spotkałam się z opiniami, że chowam dziecko pod kloszem, że mam nierówno pod sufitem, że przesadzam…

„Przecież dziecko musi chorować, bo nabiera odporności,  ja panikuję z powodu głupiej opryszczki i od razu skazuję swoje dziecko na straty, z góry zakładając, że się zarazi”.

Można jeździć po mnie jak po łysej kobyle, bo sieję zamęt i dramatyzuję. I wiecie co? W dup*e to mam, bo wiem, że mam racje! Mam prawo, a nawet obowiązek ochrony zdrowia mojego dziecka. Mam prawo do zwracania uwagi w przypadku, gdy widzę taką konieczność. Nikt inny za mnie tego nie zrobi. Nikt za mnie nie będzie później zarywał nocy. Nikt za mnie nie będzie siedział w domu z chorym dzieckiem, nikt nie wyręczy mnie w znoszeniu Jego humorów. Nikt nie zwróci mi później kasy za opłacone zajęcia, które siłą rzeczy nas ominą. Nikt też nie zagwarantuje, że nie zarażę się od Myszka, a niestety to „nieszczęście” u nas chodzi parami, więc choroba dobija mnie podwójnie. Nikt też nie zapewni, że na gilu choroba się skończy!

Im dziecko starsze, tym łatwiej je leczyć. Niestety w aptecznych specyfikach należy zachować umiar, bo wszystko w nadmiarze szkodzi. Nadal więc zaczynam od medycyny naturalnej i nieinwazyjnych metod łagodzenia dolegliwości, a po leki z recepty sięgam w ostateczności. Najgorszy jest jednak pierwszy rok życia. To wtedy z pozoru niegroźne dla dorosłego infekcje mogą zmasakrować zdrowie dziecka. Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, więc to my matki musimy być wyczulone na takie sytuacje i reagować w razie potrzeby.

Jeszcze do niedawna gotowała się we mnie krew, gdy widziałam w pobliżu Myszka kaszlące bądź zagilone dziecko. Wzrok innych matek równie bezcenny! Przeszywający biednego dzieciaka na wskroś, niczym mieczem samurajskim. Mina matki „zagilonego” równie interesująca, ukazująca zakłopotanie albo niedowierzanie. Czasami rzuci zwalający z nóg tekst: Ojej! Maciusiu! Co to za kaszelek?! Nie ma co! Już na pierwszy rzut oka dzieciak wygląda na ledwo przytomnego, a jedyne co trzyma go na nogach to chęć zabawy. Wszyscy widzą, widzi też matka. A jednak nie zważając na innych postanawia zapewnić swojemu dziecku rozrywkę w gronie rówieśników. Niestety scenariusz tworzony oczyma mojej wyobraźni szybko stawał się realny. Po dwóch dniach jesteśmy uziemieni… W końcu doszłam do wniosku, że mam dość! Sama dbam o to, aby nie narażać nikogo na nasze zarazki, więc będę egzekwować tego od innych.

Teraz nie ścinam wzrokiem małego chorowitka. Zbyt często byłam świadkiem takich sytuacji, żeby nadal jeżyły mi włosy na głowie. To chyba przypadłość młodych matek, bo te, które mają dzieci w wieku poniżej roku nadal panicznie wodzą wzrokiem za chorym delikwentem. Wcale im się nie dziwię. Doskonale wiem, co znaczą zmagania z gilem u tak małego dziecka. Na szczęście wypracowałam system obronny. Jeśli tylko mogę mieć wpływ na zdrowie mojego dziecka, to robię wszystko co w mojej mocy aby je chronić. Zwracam uwagę jeśli widzę infekcje u innego dziecka, a przed spotkaniami ze znajomymi pytam, czy ich pociecha jest zdrowa. Tym samym zapalam w głowach rodziców żółtą lampkę świadomości, że ewentualna choroba ich dziecka nie umknie mojej uwadze.

Z tym, na co nie mam wpływu, muszę się zmierzyć. Jak każdy człowiek na ziemi! Innego rozwiązania nie ma. Nie zmienię świadomości wielu ludzi. Nie mam rentgena w oczach, żeby prześwietlić wszystkich, którzy mnie otaczają. Nie będę zamykać Myszka w izolatce, kiedy poczuję ból gardła i zbliżające się przeziębienie. Na wiele rzeczy nie mam wpływu! Puszczam więc koło ucha pytania typu: „co ty zrobisz jak On pójdzie do przedszkola?!”, „przecież może złapać coś nawet w sklepie. I co? Też nie zrobisz zakupów w obawie, że się zarazi?”, „a jak będzie miał rodzeństwo, to zabronisz kontaktów niemowlaka z przedszkolakiem?!”. Bullshit! Uwielbiam takie pieprzenie dla samego pieprzenia. Uwagi wnoszące w moje życie nie więcej jak wyboldowane NIC. Słowo dla samego słowa, bez żadnej merytoryki czy logiki. Przeczytaj to ponownie i zastanów się, czy ciebie też to bawi równie mocno co mnie? To są pytania na serio! Zadawane przez poważnych dorosłych ludzi. Nie po to, żeby się dowiedzieć prawdy czy też podnieść mi ciśnienie, ale po to żeby wybadać w jakim stopniu jestem chorobowym freakiem. Nie mam pojęcia jakiej odpowiedzi się spodziewają. Na kuriozalne pytania chętnie odpowiadam równie głupią odpowiedzią. 🙂

Tyle w temacie! Trzymajcie się zdrowo i pamiętajcie – nie pozwólcie sobie wmówić, że przesadzacie! Później to was będzie gryzło sumienie, że przecież można było zapobiec infekcji i wszystkiemu nieprzyjemnemu, co się z nią wiąże. Ćwiczcie swoją asertywność. Dzięki niej chronicie swoje dzieci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *